Nadszedł ten czas, czas kapusty. Kapustę zrywa się i kisi chyba dopiero w październiku, u mnie jednak jest wcześniej.
Od jakiegoś czasu nie spryskiwałam jej wywarem z wrotyczu i piołunu, więc gąsienice bielinka ucztowały sobie bez przeszkód, podobnie jak małe ślimaki, które zrobiły sobie domki ze spiżarnią w większych szczelinach między liśćmi kapusty. Stwierdziłam, że nie warto czekać aż większość będzie do wyrzucenia i u mnie czas kiszenia jest teraz.
W tym roku kupiłam sobie większą kamionkę z kołnierzem wodnym i tarkę z trzema ostrzami, która sporo usprawniła.
Kamionka jest 16 litrowa, weszło mi tam 16 kg kapusty + 2 kg marchewki + czosnek. Czosnku dałam dość sporo, dodatkowo dosypałam trochę kminku mielonego, no i sól, bez której nic by nie wyszło. Kapusta miała bardzo dużo soku więc musiałam trochę odlać.
Kapusty, marchewki i czosnek moje :), to wielki powód do dumy. Było dużo pracy, ale zawsze warto poświęcić nawet te pół niedzieli.
Główki wyrosły duże i zbite, przy głąbach dość sporo musiałam wykroić, przestrzenie między liści w tym miejscu są dość spore i jakieś żyjątka tam jeszcze siedziały. Takie są uroki swojskich plonów, że żyjątek jest zdecydowanie więcej niż w kupnych warzywach i owocach.
To właśnie te kapusty ukisiłam :), zostało jeszcze parę główek.
A to śmierdząca niespodzianka. Od rana, przechodząc kilka razy przez ogród, czułam specyficzny zapach - smród. Byłam pewna, że coś zdechło sobie w krzakach np. jeż, albo jakiś kot sąsiadów itd. Nos doprowadził mnie jednak do takiego grzyba. Sromotnik smrodliwy się okazuje. Nazwa adekwatna :)
Pozdrawiam.
Ola.
❤





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz