piątek, 21 września 2012

W poszukiwaniu pożywienia czyli zbieractwo ludów XXI wieku :-)


Tak. Dziś był odpowiedni dzień. Pogoda jesienna, trochę słońca, trochę chmur, wiatr i 13 stopni na termometrze. Zainspirowana książkami i stronami traktującymi o dzikich roślinach jadalnych sama postanowiłam zrobić coś konkretnego w kierunku naturalnej kuchni. 

W samo południe wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w poszukiwaniu czegoś jadalnego na kolację. 

Najpierw odwiedziliśmy miejsce, które wczesną wiosną zasłane jest zielonymi liśćmi czosnku niedźwiedziego. We wrześniu nie zostaje już po nim najmniejszego śladu. Po przekwitnięciu roślina "znika". Jednak w ziemi pozostają (aż do przyszłej wiosny) czosnkowe bulwy. Najlepiej jest znać miejsce, gdzie roślina rosła ponieważ później nie ma problemu ze znalezieniem bulw. Saperka poszła w ruch i pierwszy składnik kolacji wylądował w lnianym worku. 




Przy okazji natknęłam się na ciekawe drzewko. Myślałam, że to coś rzadkiego, ale okazało się, że to strasznie popularna i rozpowszechniona Trzmielina zwyczajna. Ja widziałam ją pierwszy raz w życiu. Wikipedia podaje oczywiście, że trujące, że nie wolno, z kolei Różański nie przyczepia tej roślinie etykiety mordercy a wręcz przeciwnie, pisze o jej leczniczych właściwościach
http://rozanski.li/?p=127 



Nadarzyła się jeszcze jedna okazja. Znaleźliśmy fajnego grzyba, tzw. uszak bzowy
Za Wikipedią:

Jako pasożyt żyje na chorym bądź obumierającym drewnie. Rośnie w ciągu całego roku, zwłaszcza od sierpnia do grudnia, a podczas łagodnej zimy występuje nawet w czasie późnej wiosny na pniakach i pniach drzew liściastych, zwłaszcza na bzie czarnym (Sambucus nigra L.), rzadko na drewnie iglastym. W czasie wilgotnej pogody tworzy gromadne owocniki w kształcie małżowiny usznej, często falisto wygięte i postrzępione.
Grzyb jadalny: w Europie grzyb ten jest rzadko zbierany, wysoko ceniony jest w kuchni chińskiej i japońskiej. Należy do najpopularniejszych grzybów jadalnych i jest składnikiem wielu potraw. Jest prawie pozbawiony smaku, jednakże spożywany jest dla swego chrząstkowatego waloru kulinarnego.

Zebraliśmy tylko kilka uszu, tak na spróbowanie, bo nie było tego wiele.



Ruszyliśmy dalej. Nie zajechaliśmy daleko ponieważ przy ścieżce rósł Łopian większy. Wyczytałam, że jego korzenie są jadalne. Trzeba je tylko obrać, ugotować i podsmażyć. Koszyczki łopianu są zwyczajnymi, znanymi wszystkim rzepami czepiającymi się ubrania, albo psiego ogona np. Łopian jest rośliną dwuletnią. W pierwszym roku wyrastają jedynie liście a w drugim wysoki badyl z kwiatami. Nas interesowały rośliny bez kwiatów ponieważ z takich korzenie są ponoć najlepsze i zalecane. Taki korzeń może mieć od 50-100 cm.
W pierwszej chwili nie byłam pewna czy to aby na pewno ten łopian, i czy to  jego liście - moim zdaniem, niektóre były nieco podobne do liści żywokostu i wcale nie rosły blisko roślin macierzystych. Jednak nie mogło to być nic innego, "ogonki" liściowe w środku były puste,  poza tym niektóre liście były naprawdę wielkie a to przecież łopian większy.


Cytując za opisem w Zbieramy zioła Jadwigi Kwaśniewskiej i Krystyny Mikołajczyk: W pierwszym roku wytwarzają rozetę odziomkowych liści - bardzo dużych, długoogonkowych oraz silne, palowe, mięsiste korzenie (...) Korzeń łopianu zawiera inulinę, związki śluzowe, olejek i inne cenne składniki. Znajduje zastosowanie głównie jako środek "czyszczący krew", przy wszelkiego rodzaju wysypkach skórnych; zewnętrznie używany jest do pielęgnacji włosów.
Henschel pisze, że liście łopianu są duże, sercowato-okrągłe, do 30 cm długości. A więc wszystko się zgadzało. 

Dowód na to, że liście łopianu potrafią być duże. Prawie jak w dżungli...

                                                                                                                 ...to nie jest parasolka...

                              ...a to jest złamany korzeń...

 Poniżej psianka czarna, niejadalna. W tle dzikus kopiący korzonki.



Niedaleko rosła również mięta i gwiazdnica. Oczywiście zerwałam, przyda się do sałatki 
i herbaty. W drodze powrotnej mijaliśmy opuszczoną czyjąś ziemię. Widać, że był tu kiedyś dom. Wszędzie resztki cegieł i fundamentów, no i sad...przepiękny stary sad. Drzewa olbrzymy. Na ziemi pełno jabłek. Pojechaliśmy do domu, zostawiliśmy nasze jedzenie na kolację i ruszyliśmy z dodatkowymi torbami po jabłka. 


Kolacja:

-Korzenie łopianu obrałam, pokroiłam w kostkę i gotowałam w osolonej wodzie 25 min. Wyczytałam, że powinno się je gotować od 20-30 min. Po ugotowaniu przysmażyłam (pod przykryciem) je na oliwie z oliwek, pod koniec dodałam uszy bzowe pokrojone w paski, sól i pieprz. Uszy trzymałam na ogniu krótko, dosłownie kilka minut.

-Czosnek pozbawiłam korzeni, i każdy ząbek pokroiłam na ćwiartki. Podsmażyłam na oliwie z oliwek z solą i odrobiną kminku (pod przykryciem). Trzeba uważać, żeby z czosnkiem nie przesadzić. 

-W międzyczasie ugotowałam kaszę. Akurat miałam jęczmienną. 

-W międzyczasie robiłam również sałatkę: gwiazdnica (nie za dużo), dwa większe pomidory, pół puszki fasoli, trochę liści i kwiatów nasturcji, sól, pieprz, oliwa i sok z cytryny. 

-Na koniec połączyłam czosnek z kaszą i zrobiłam miętową herbatę.



Wszystko było przepyszne i jadalne. Smak korzenia łopianu pozytywnie mnie zaskoczył. Myślę nawet, że można uniknąć smażenia dodając do gotujących się korzeni więcej przypraw, albo zrobić z niego składnik zupy. 

Nie jest to oczywiście posiłek typowo survivalowy gdyż nie było to moim celem. Zależało mi bardziej na zwróceniu uwagi, że nie trzeba ciągle latać do marketów i otwierać portfel bo masa warzyw rośnie blisko nas, wystarczy tylko CHCIEĆ. Ale ludziom się właśnie nie chce, bo jakby naprawdę chcieli to by i czas znaleźli...
My spędziliśmy naprawdę miły dzień, wiele się nauczyliśmy i obcowaliśmy z naturą. 
Ale tak zdecydowaliśmy sami.


PS. Korzenie czosnku niedźwiedziego również nadają się do spożycia. Mają tak intensywny smak jak reszta rośliny. Wystarczy je gotować ok 30 minut, kto woli może podsmażyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz